niedziela, 14 listopada 2010

Atak klonów



Zastanawiałem się ostatnio, czy polskie blogi są tylko odpryskiem amerykańskiego stylu. Żyjemy przecież w marginalnym mimo wszystko kraju, w dodatku wewnątrz wyjątkowo skupionego na sobie społeczeństwa. Pomysły przychodzą z zewnątrz, najlepsze owoce nauki i technologii są importowane. W dużym stopniu dotyczy to też kultury.

Czy w takim razie próbujemy tylko skopiować Tima Ferrissa, Leo Babaute, Tynana? Oby nie. Co prawda chęć naśladowania jest wyrazem najwyższego uznania, ale inspiracja to nie to samo co ślepe odwzorowanie. Postanowienie, żeby nie kopiować, towarzyszy mi od początku pisania, chociaż podobieństwa są nieuniknione. Wystarczy przelecieć pobieżnie najpopularniejsze blogi, żeby odkryć podobną formę i treść. Na takiej samej zasadzie powstawały rozpoznawalne style w historii sztuki - przez przyjęcie pomysłów, które wydają się świeże, a jednocześnie już się sprawdziły i wywołały dyskusję. Ale dosłowne klony, które zdarzają się tu i ówdzie, odpychają. Wierzę, że mamy szansę wyróżnić się nie tylko poprzez wpisanie polecanych modeli życia w lokalne warunki. Możemy wnieść całkowicie własny wkład.

Jednocześnie istnieją nawyki, które warto byłoby wdrożyć, a jakoś się nie przyjęły. Na przykład zwyczaj myślenia Amerykanów o zarobkach w ujęciu rocznym. W naszym regionie ograniczamy się raczej do perspektywy miesiąca. Tymczasem wyjątkowo pomocnym narzędziem w planowaniu czasowo-finansowej równowagi jest przyjęcie dłuższego terminu. Łączy się to z często powtarzanym postulatem rozpoczęcia dochodzenia do wolności finansowej od zgromadzenia środków pokrywających roczne koszty życia.

Pobawmy się zatem. Przyjmijmy, że stałe koszty mieszkania (jeżeli nie jesteś najemcą) wynoszą 500 zł miesięcznie, czyli 6000 zł rocznie. Koszty jedzenia i chemii gospodarczej wyceniam na 800 zł miesięcznie, czyli 9600 zł rocznie. Dodając niespodziewane wydatki i drobne przyjemności (kupno ubrań, wyjście do kina) wychodzi nam, że potrzebujemy 20 000 zł, żeby żyć przez rok bez pracy. A raczej wegetować przez rok bez pracy.

Żeby więc zrobić coś więcej niż leżenie w łóżku, z korzystaniem z ciepłego kaloryfera, elektrycznego światła i kalafiora na obiad, dodajmy. Na pewno samochód. Całkowite koszty jego użycia (obliczone przy pomocy gotowego narzędzia dostępnego na różnych stronach, m.in. http://www.kosztysamochodu.pl/ ) wyszły mi na 10 000 zł rocznie (w tym paliwo, ubezpieczenie i remonty). Po dołożeniu kolejnych 10 000 zł, przeznaczonych na eksperymenty i pewność płynności, mamy 40 000 zł.

Wygląda na dużo, co nie zmienia faktu, że na warunku zachodnie te 10 000 EUR czy 14 000 USD rocznie to zdaje się wartość poniżej granicy ubóstwa. A tak coś mi się wydaje że ci, dla których powyżej wskazane kwoty są wysokie, potrafią często bardziej twórczo zarządzać kwotami mniejszymi, nawet zbliżonymi do zera; ci zaś, dla których te kwoty duże nie są, często lekceważą potencjał wolności, który za owymi pulami stoi. To indywidualne. Tak czy inaczej uważam, że gdyby większość z nas uzbierała wysokość rocznych kosztów życia, żylibyśmy w o wiele bardziej wyluzowanym, pełnym fantazji społeczeństwie. I takiego ataku klonów sobie życzmy.

sobota, 16 października 2010

Inspiracje - Tim Ferriss

Złośliwcy nazywają go handlarzem dopalaczami. Sam w rubrykę "zawód wykonywany" wpisuje z reguły "drug dealer". Fascynację na punkcie optymalizacji funkcji ciała skanalizował w najnowszej książce "The 4 Hour Body". Ale popularność zdobył przełomową pozycją "The 4-Hour Workweek", której oryginalność bije z każdej jednej strony. Najbardziej podoba mi się rozdział o tym, co zrobić z osiągniętym już sukcesem. Wszyscy zadowajają się skutecznym realizowaniem planu, wdrożonymi etapami i marzeniem o zbliżającym się horyzoncie, a tu okazuje się, że zdobycie wszystkich celów doprowadza do frustracji. Nie zakończenie książki na wykonaniu celu, ale przejście do szczegółów nieoczywistego problemu, który zawiera się w pytaniu, jak radzić sobie z niezależnością finansową i czasową, jest genialne.

Tim Ferriss to postać, którą warto się zainteresować. (i o to chodzi w filmiku, nie jest to przewodnik po Rzymie, jak można na początku przypuszczać...)

niedziela, 3 października 2010

Karnawał Blogów Finansowych #5

 
Już po raz piąty Paweł Kata zachęca do udziału w karnawale, czyli w przeglądzie finansowej blogosfery.

Organizator projektu, którego zalecenia dotyczące rozcieńczania soków zostawiły traumatyczny ślad w mojej psychice :) pisze tym razem o źródłach wycieku gotówki. Jesteśmy w Polsce często lekkomyślni w wydatkach, tymczasem dla większości, czyli zarabiających mało i przeciętnie, uszczelnienie tej sfery przyniosłoby najwięcej widocznego efektu.

Na blogu Fikonomia.pl można znaleźć motywację do rewolucji w swojej szafie. Przy okazji zapoznamy się z regułą trzech, regułą 4:1 i "cost per use", które dowodzą, że oszczędzający często dzielą swoje zasady z minimalistami.

Autor Metafinansów podejmuje temat minimalnego poziomu wejścia w inwestycje giełdowe. Zagadnienie jest obszerne, bo choć matematyka mówi sama za siebie, każdy podaje swoje argumenty i inną najniższą stawkę zakupu akcji.

Pokrewną tematykę porusza youngmoney, odradzając korzystania na początku przygdy z inwestowaniem z symulatorów giełdy. To dość nietypowe stanowisko, ale wsparte argumentami.

Ynwestor odnosząc się do obecnych zaskakujących wzrostów na GPW i generalnie podchwytliwego roku na parkietach, przywołuje metodę, która sprawdziłaby się całkiem dobrze w ostatnich miesiącach. Inwestowanie wbrew większości to często skuteczny, ale też obciążony dużym ryzykiem sposób gry.

Sławek Śniegocki, autor bestsellerów "Inwestuj we własny dług" i "Inwestuj we własny etat", linkuje wywiad audio, w którym dzieli się swoim podejściem do finansów.

Zapraszam do czytania, podwyższenie finansowego IQ gwarantowane.

sobota, 2 października 2010

Kapitał Cię wyzwoli

http://www.flickr.com/photos/webel/

Oszczędzanie nie jest sexy. Inwestowanie nie jest sexy, zajmowanie się finansami osobistymi nie jest sexy. Więc po co to wszystko? Ciuchy z promocji czy lokaty oprocentowane o 0,23% wyżej niż inne nikogo nie zbawią. Jest jedno ale. A nawet więcej niż jedno.

Kropla drąży skałę. Dzięki prostym nawykom i procentowi składanemu te śmieszne drobnostki skumulują się w siłę, która może wywołać wielką zmianę życia. I to będzie bardzo sexy.

Jak wiemy z nieudanego niestety sequela "Wall Street" - kolejnego naiwnego manifestu Olivera Stone'a, czas jest ważniejszy od pieniędzy. Warto więc kupić za pieniądze czas. Ale poszedłbym dalej. Cenny czas trzeba przełożyć na jeszcze ważniejsze aktywo. Co to takiego? Nie, żadne złoto ani real estates.

Otóż sam dla siebie jesteś najważniejszym aktywem, którym zarządzasz. Trzeba wpisać wreszcie kartografa w mapę. Nie cierpię hasła inwestowania w siebie, za często jest żałosnym zapatrzeniem w siebie, kryje pokłady narcyzmu - dżumy rozwiniętych społeczeństw. Ale warto popatrzeć na siebie jak na zasób do wykorzystania. I, jak mówi Marcin Świetlicki, który ponoć nigdy nie posiadał nawet rachunku bankowego, "trzeba się ratować".

Zatem, mimo całej sympatii dla "Krytyki politycznej", układam bluźniercze hasło: "Kapitał cię wyzwoli". Również kapitał wiedzy, umiejętności, znajomości. Akumuluj je. Dzięki temu marzenia będą mogły zmienić się w realne plany.

niedziela, 19 września 2010

Trump i inni ("The Apprentice")

Kiedyś natknąłem się w telewizji na odcinek serialu reality tv "Praktykant". Było to tyleż wciągające, co przerażające. Program polega na tym, że 16 osób konkuruje o stanowisko managerskie w firmie Donalda Trumpa. W tym celu dzielą się na 2 zespoły i otrzymują zadania. W każdym odcinku osoba, która według uznania prowadzącego jest najsłabszym ogniwem w przegranej drużynie zostaje wyrzucona ("You're fired!").

Ostatnio przypomniałem sobie postać Trumpa, miliardera działającego głównie w branży nieruchomości i show biznesie. Dzięki spektakularnym sukcesom, ciekawej osobowości oraz upodobaniu do udzielania wywiadów stał się gwiazdą. Niektórym kojarzy się z Nowym Jorkiem bardziej niż Woody Allen. Jest też autorem wielu bestsellerów, z których najbardziej znany to "The Art of the Deal" o sztuce negocjacji. Właśnie czytam tą książkę. Przy okazji obejrzałem na youtube całą pierwszą serię serialu. Bardzo wciągające, a zarazem poznawcze.

Wydaje mi się, że "The Apprentice" dobrze oddaje amerykańskie patologie charakteru. Chore ambicje, kuriozalne poczucie wyższości, stoksykowana świadomość. Zachowanie, które w Europie wywołuje raczej podejrzenia o psychozę, w Ameryce jest nie tylko akceptowane, ale i pożądane. Dotyczy to nie tylko większości uczestników, którzy dla sukcesu gotowi są zanurkować w gównie albo okaleczyć konkurentów. Weźmy na przykład pokazanych przy okazji emerytów w kasynie w Atlancie - obraz powtarzanej dzień po dniu pustej rozrywki, pełna realizacja otumanienia przez hazard i cyrkowe pokazy. Patrząc na to nabieram szacunku do moich dziadków, którzy zostawili po sobie niewiele więcej niż egzemplarz tłustej książeczki do nabożeństwa.

Tak czy inaczej "The Apprentice" to świetny pomysł na reklamę marki Trump. Zadania i nagrody związane są ściśle z inwestycjami Trumpa - jego polami golfowymi, kasynami i hotelami. Zastosowano tu zmasowany product placement. Można poznać całą galerię złego smaku świata produktów Trumpa, manifestującego się w kapiących złotem pokojach, skrajnie kiczowatych kasynach (odpowiadających potrzebom klientów trzeba przyznać) , a nawet w wystroju sali konferencyjnej, w której zapadają wyroki na końcu każdego odcinka, charakteryzującej się bardzo amerykańską tęsknotą za arystokratyczną przeszłością, której nie było.

Jednocześnie serial jest wciągający i cieszy się dużą popularnością - wyprodukowano już 10 serii, z tego kilka odsłon "Celebrity Apprentice", w których walka toczy się pomiędzy sławami, a stawką jest cel charytatywny. Serial ma również licencjonowane odpowiedniki w kilkunastu krajach.

Na koniec jeszcze mała dygresja. Zachowanie Donalda Trumpa to argument przemawiający za kontrowersyjną tezą Roberta Pirsiga, o którego pomysłach napiszę kiedyś więcej. W każdym razie teza ta brzmi: Amerykanie podświadomie czerpią swoją tożsamość od Indian. Trump to taki wielki wódz - mówi mało, ale pewnie i zdecydowanie. Mimo opinii szowinisty i egocentryka, wzbudza szacunek. Jest prostolinijny, nie owija w bawełnę, ma wyczucie czasu i zna się na ludziach. Po podjęciu decyzji, kończy się dyskusja. Jego słowo rozwiązuje sprawę, można potem powiedzieć co najwyżej "Howk!".