sobota, 10 marca 2012

"Snowball" - Warren Buffett


Gdyby ta historia nie była prawdziwa, trzeba by ją było wymyślić. Biografia Warrena Buffetta to klasyczny American Dream. Opowieść o drodze od rozwożenia gazet i słodyczy na stadionie do kosmicznego bogactwa.

To nie jest inwestor, który zaczynał w białych rękawiczkach. Raczej od noszenia skrzynek w warzywniaku. Ale też mitowi o zaczynaniu od zera wierzyć nie należy. Jako syn kongresmena, na majętne życie lokalnej elity był skazany od dziecka. Co nie zmienia faktu, że bez zaangażowania i energii tego skończonego geeka, do dziś usłyszałoby o nim tylko paru mieszkańców miasta, które jest synonimem amerykańskich peryferii (Penny z „The Big Bang Theory” też pochodzi z Omaha).

Buffett od małego był bardzo przedsiębiorczy. Kiedy wydoroślał, zajął się czystym inwestowaniem, polegającym na nieskończonym siedzeniu nad papierami. Wcześniej zdążył zaliczyć jak najbardziej wymierne i bezpośrednie biznesowe wpadki. Raz wynajął z kolegą stację benzynową, stojącą naprzeciwko innej, ale markowej Texaco. Pomimo wysiłków nie zdołali generować regularnych zysków. Uświadomił sobie wtedy siłę lojalności konsumenta.

Innym razem zakupił całą edycję limitowanej serii znaczków Blue Eagle. Kiedy poczta zauważyła popyt, dodrukowała kolejne tysiące sztuk, uderzając tym samym w wartość kolekcjonerską. Przez kilka następnych lat Warren miał piwnicę zapchaną znaczkami.

Lepiej wyszedł mu interes z wstawianiem fliperów do zakładów fryzjerskich. Najlepiej zaś radził sobie z zakupem firm, które znał z raportów finansowych. Czasami kierował się dziwacznymi ambicjami. Raz próbował kupić całe miasto. Innym razem kupił bank, który miał rządowe pozwolenie na drukowanie własnej waluty. Buffetowi imponowało, że założyciel i prezes emituje banknoty z własnym wizerunkiem. Takie rzeczy tylko w Ameryce.

Jego stosunek do kapitalizmu jest wręcz miłosny. Ale rozumie system klasycznie i idealistycznie. Wielu fanów kapitalizmu, zwłaszcza wśród Republikanów, krzywi się na jego koncepcje. Rzeczywiście, przedstawiciele prawicy rzadko krytykują dziedziczenie bogactwa. Chyba nikt z milionerów poza Buffettem nie opowiada się za wysokimi podatkami dla zamożnych. Ale jego konsekwencja jest żelazna. Uważa, że system powinien kreować wartość, promując wolność i pracę.

Buffett słynie z prostego gustu i niewyrafinowanego smaku. Ubiera się tanio, jada tanio. Wyznaje zasadę, że nie zje niczego, czego nie zjadłby trzylatek. W swojej prostocie jest uparty do tego stopnia, że potrafi nią komplikować innym życie. Kucharze najlepszych restauracji przed jego wizytą muszą się douczać, jak usmażyć hamburgera.


Osobiste przekonania przekładają się bezpośrednio na działalność i wizerunek firmy. Witryna Berkshire Hathaway to na pewno najbardziej minimalistyczna strona internetowa ze wszystkich wielkich spółek na Ziemi:  http://www.berkshirehathaway.com/.

Jego metoda inwestowania też jest prosta. Buffett sprawdza, ile firma będzie warta w przypadku bankructwa. Patrząc na rynek podejmuje „Desert Island Challenge”, czyli odpowiada sobie na pytanie: co bys kupił, gdybyś na 10 lat mial być odizolowany na opuszczonej wyspie. 

Inwestor zaczął późno korzystać z komputera. I to tylko po to, żeby grać w brydża. Nie chciał nawet słyszeć o innych możliwościach maszyny. Ostatnio w wywiadzie telewizyjnym sprostował tą legendę. Przyznał, ze korzysta z internetu dość obficie. Sprawdza informacje o spółkach, ale też stracił setki godzin oglądając filmiki na youtube. Ale nie korzysta z facebooka, iPada czy iPoda, ani nie czyta e-booków.

poniedziałek, 6 lutego 2012

"Rogue Trader"


W 1803 roku Stany Zjednoczone kupiły od Francji Luiznanę. Zakup stanowił 1/3 dzisiejszego terytorium USA. Inicjatywa wyszła od Thomasa Jeffersona. Napoleon wyraził zgodę, bo bawił się w zdobywanie Europy i potrzebował pieniędzy. Nie potrzebował za to wojny z Ameryką. Transakcję finalizował pan Francis Baring. Jego instytucja finansowa rozwijała się i prosperowała aż do lat 90 XX wieku. W styczniu 1995 roku szacowny i potężny bank upadł przez spekulacje jednego człowieka – Nicka Leesona. Zwykłemu pracownikowi udało się położyć wielką organizację. To nie byłoby możliwe bez komputeryzacji, dźwigni finansowych i czynnika kluczowego: totalnej ignorancji zarządu, który nie zadawał pytań, dopóki widział zyski.

O ostatnich miesiącach banku i brokera opowiada film „Rogue Trader”. Godny polecenia. Film kończy się aresztowaniem winnego i fajnymi obrazkami z wstydliwego „życia po śmierci” członków zarządu. Ale czas płynie. Leeson już dawno wyszedł z więzienia i ma się dobrze, prowadząc wykłady o zarządzaniu ryzykiem. Na sławie, nawet ponurej, można dobrze zarobić.

Jak widać dzisiaj świetnie się sprawdza strategia Herostratesa. Sam chyba zacznę konstruować jakąś małą bombkę z okazji jubileuszu królowej. Chociaż przypominanie o takim żałosnym końcu królewskiego banku to też sabotaż.

PS plakat powyżej to oczywiście kolejny żart. W Polsce film był wyświetlany pod tytułem „Spekulant”. Inne graficzne przekręty wrzucę niedługo na facebooka.

sobota, 4 lutego 2012

"Margin Call"

- Kochanie, co chciałabyś zobaczyć? „Mój tydzień z Marilyn”? „Różę”? „Dziewczynę z tatuażem”?
- Witek, ja już zdecydowałam. Chodźmy na „Wezwanie do uzupełnienia depozytu”.
- Nie śmiałem proponować...


Czyż to nie doskonały pomysł na Walentynki? Wiem, że w Polsce wybrano tytuł „Chciwość”. Postanowiłem zrobić symulację, jak wyglądałby plakat z dosłownym tłumaczeniem.

Trzeba przyznać, że autorzy wybrali tytuł ryzykownie, chociaż w świecie anglosaskim odsetek ludzi, którzy go zrozumieją jest o wiele większy niż u nas. Zresztą pasują im nazwy specjalistyczne i neutralne. Stąd „Margin Call”. Do nas z kolei pasuje tłumaczenie nasycone emocjonalnie. Chyba najlepiej udało się Rosjanom. U nich film reklamuje się jako „Granica ryzyka”. Z zadaniem kiepsko poradzili sobie Niemcy („Wielki krach”). Analiza języka dużo mówi o człowieku. W tym przypadku o preferencjach dystrybutorów. 

Film jest bardzo kameralny, trąci wręcz teatrem telewizji. Zaczyna się sceną jak z "Up in the air" – ostrymi cięciami etatów. Masowe zwolnienia firma przeprowadza metodycznie i natychmiastowo. Kiedy korytarze przemierzają panowie trzymający zapełnione kartony, dyrektorowi (Kevin Spacey) kręci się łza w oku. Zachorował mu pies.

Powoli odsłania się struktura firmy. Poznajemy szefa dwóch analityków, potem jego przełożonego, następnie dyrektora. Ale okazuje się, że i on podlega kolejnej osobie. To jeszcze nie koniec. Po 45 minutach z helikoptera wychodzi prezes (Jeremy Irons). W prywatnej rozmowie mówi o nowych czasach, w których „liczby przestały się sumować”. Na nadzwyczajnym zebraniu przypomina zasady utrzymania się w biznesie. Bądź pierwszy. Bądź najbystrzejszy. Albo oszukuj.

No i mamy kandydata na najlepszy film o kryzysie.

sobota, 31 grudnia 2011

2011 - obrazki

mirror.co.uk
Wracam z biegania po wybrzeżu Tamizy, z widokiem na Arenę O2. Ciągle czuję, jakbym występował w filmie. Bo cały ten rok był jak film, albo sen. Dosyć błogi sen, trzeba przyznać.

Obrazek dokładnie sprzed roku. Wracam posiniaczony z kolejnych zajęć Combat Jujitsu. Mam zdarte kostki na rękach, bolącą szczękę i czuję się wspaniale. Kilka dni wcześniej DHL przywiózł mój paszport z wizą amerykańską na 10 lat. Na Gmail przyszło też potwierdzenie otrzymania rocznej wizy australijskiej.

Albo taki ze stycznia: przynoszę do pracy kawę i tort. Po raz ostatni przychodzę tu w roli pracownika. Ta świadomość działa jak narkotyk, wyostrza zmysły i odczuwanie. Inaczej myślisz, inaczej działasz. Najzwyklejszy gest jest odświętny. Wszystko, co było wcześniej irytujące albo nudne, staje się ciekawe. Z uwagą przyglądam się znajomym, bo patrzę na nich po raz ostatni. Czuję ogromną ulgę. Kroję tort i rozlewam kawę w filiżanki.

Albo ten moment: płynę promem ze Staten Island na Manhattan i podczytuję "The Wall Street Journal" od pasażera obok. Mijamy Statuę Wolności i cumujemy przy Downtown. Na Wall Street będę za 5 minut.

Albo kiedy w Monachium wchodzimy do gejowskiego baru. Stoimy w wejściu a wszystkie dwieście głów patrzą się w naszą stronę. Postanawiamy napić się piwa w innej dzielnicy. Dzień później jemy dzikie śniadanie nad Izarą, a wieczorem wjeżdżamy do Strasburga, który w swoim przedawkowaniu waniliowych cygaretek nazywamy "miastem wykutym w skale". W jednym z moteli bierzemy prysznic na krzywy ryj i zasypiamy przy historycznych murach w samochodzie.

Albo kiedy po postanowieniu o napisaniu reportażu o ludziach medytujących, zaprzyjaźniam się w pociągu z Warszawy z człowiekiem, który okazuje się oddanym praktykiem Karma Kagyu. A dzień później spotykam Pawła, który siedzi na ławce w parku w pozycji kwiatu lotosu.

Albo dzień, w którym właściciel strzelnicy proponuje nam skorzystać z historycznego typu pistoletu, z którego NKWD strzelało do polskich oficerów w Katyniu. Grzecznie odmawiamy, wybierając model CZ 75. I strzelbę.

Lub też kiedy w lecie o północy leżymy na drewnianych ławach na szczycie góry obserwując Perseidy, rój meteorytów, który wygląda jak spadające gwiazdy z bajek Disneya. Obok biegają rozbudzone dzieci i psy.

Albo taki - piję kawę w swojej kuchni z widokiem na Wawel. Zaczynam rozumieć, że już się napatrzyłem na ten Wawel. Pakuję kilka T-shirtów, bieliznę i garnitur. Zastanawiam się, czy będą mi potrzebne drugie spodnie. I czy wrócę z Londynu za 2 miesiące czy za 2 lata.

A nawet ten świeży obrazek, kiedy czyszczę piekarnik po pieczeniu bagietek i wyjeżdżam windą na górę z pojemnikami z zupą. Zaraz potem obsługuję starego Hindusa, który codziennie o tej samej porze, za odliczoną kwotę, zamawia naleśnika z wegetariańskim nadzieniem i zieloną herbatę. 

Mam pełno takich snapshotów. Ciągle czuję się jak w filmie. W roku 2012 życzę sobie nowych, czytelnikom tak samo.  

niedziela, 11 grudnia 2011

Steve Jobs: Biografia

www.trutv.com
Po przesłuchaniu audiobooka Waltera Isaacsona (ponad 20 godzin nagrania) jeszcze bardziej dotarło do mnie, jak potężnie Steve Jobs wpłynął na zachodni styl życia. Trudno znaleźć porównywalny przykład. To był chyba naprawdę największy innowator, człowiek sukcesu i wizjoner ostatnich dziesięcioleci.

Jednocześnie był dzieckiem swoich czasów i swojego otoczenia. Pamiętajmy, że wychowywał się w Krzemowej Dolinie. W wieku 20 lat miał już za sobą praktyki w Hewlett Packard i Atari. Przy czym pierwszą zdobył dzwoniąc do Dave'a Packarda, a drugą przez molestowanie CEO Atari. Od Intela wypraszał darmowe części do swoich projektów. Wszystkie te firmy miały siedziby tuż za rogiem, to był jego naturalny teren.

Miał też szczęście poznać Steve'a Wozniaka, chyba najlepszego inżyniera komputerowego i programistę na świecie, przynajmniej w dekadzie 1975-1985. Razem stworzyli duet, którego ukoronowaniem był Macintosh.


Trudno oprzeć się wrażeniu, że czego Jobs dotknął, rewolucjonizował i zamieniał w złoto. Nie dotyczy to tylko produktów Apple. Graficzny departament studia filmowego, które George Lucas musiał sprzedać z powodu sprawy rozwodowej, miał pod kierownictwem Jobsa produkować komputery i oprogramowanie do profesjonalnego przetwarzania animacji. Z czasem stał się producentem najsłynniejszych filmów animowanych, najpierw wraz z Disneyem, potem konkurując i wygrywając z Disneyem. "Toy Story", "Monsters", "Finding Nemo", "Cars", "The Incredibles", "Wall-E", "UP" - to wszystko Pixar, dzieło Jobsa. Studio dostało dotychczas 26 Oskarów, 7 Złotych Globów i 3 nagrody Grammy. Wreszcie Disney kupił Pixara, a Jobs stał się największym udziałowcem w spółce-matce Myszki Miki (7% akcji, bratanek Disneya ma niecałe 2%).


W 1996 roku wrócił do Apple - firmy na skraju bankructwa. Pięć lat później zaprezentował odtwarzacz muzyki i muzyczny sklep internetowy, które wyprzedzały inne o epokę. Nie mogę się nadziwić, dlaczego Sony zostało zmiecione przez iPoda i iTunes. Mieli nie tylko obiektywnie większe zasoby w produkcji odtwarzaczy. Posiadali też kontrakty z muzycznymi gwiazdami od lat, podczas gdy Apple nie miało z muzyką wcześniej nic wspólnego.


Ale firma Sony nie miała Jobsa. Jego siła sprawcza w Apple była absolutna. W pięć minut podejmował strategiczne decyzje, na które w kombinatach typu Sony czekało się pół roku. A nawet kiedy w końcu zapadały, nie były nawet w części tak radykalne, na jakie decydował się szef Apple. W ten sam sposób Microsoft i Nokia przespały mobilną rewolucję. Kiedy w 2007 roku Jobs pokazał światu iPhone'a, znów wyprzedził epokę.

Jobs uosabiał perfekcjonizm, pracoholizm i obsesję estetyczną. Godzinami potrafił dobierać kolory, materiały, najdrobniejsze detale. Kamienną posadzkę do sklepów Apple sprowadzał z Florencji. Wymusił nowe metody produkcji najwyższej jakości szkła. Przemysł informatyczny nie znał wcześniej takiej dbałości o integralność produktu końcowego. I jak zwykle musiał gonić.


Jobs nie wyobrażał sobie, żeby iPhone4 nie miał pięknej metalowej obręczy, która będzie jednocześnie anteną. Stoczył walkę w tej sprawie z inżynierami. Potem jak wiemy tłumaczył się na konferencji prasowej ze skłonności nowych telefonów do utraty sygnału. Ale zrobił to po swojemu. Był mistrzem retoryki. Jak bardzo brakuje mi jego "keynotes" uświadomiłem sobie niedawno oglądając prezentację ultrabooka przeprowadzoną przez szefa firmy Asus w Nowym Jorku. Marketingowa, sztuczna gadka, brak pomysłu i pasji - zupełne przeciwieństwo tego, co prezentował Jobs.

Mimo świetnego wyczucia rynku i zmysłu biznesmena, Jobs był przez całe życie pasjonatem, związanym z hipisowskimi odkryciami wschodnich mądrości i LSD. Kierowanie się wyłącznie zyskiem, tak charakterystyczne dla managementu innych firm, było dla niego po prostu nienaturalne. Przez kilka lat kierował Apple za pensję w wysokości 1 USD miesięcznie (słownie: jeden dolar). Mówił, że 50 centów dostaje za uczestnictwo w zebraniach, a drugie 50 za osiągnięcia w pracy.